|
Kto i dlaczego spekuluje na złotówce? Odpowiedź jest banalna: spekulują
spekulanci, bo chcą zarobić. Ale istota problemu leży w pytaniu, dlaczego
złotówka przeżywa aż tak silne załamanie i dlaczego tak duży kapitał obstawił
spadek jej wartości?
Niespełna pół roku temu dolar amerykański
oraz frank szwajcarski kosztowały ledwo dwa złote. Brytyjskiego funta wyceniano
na cztery złote, zaś euro na niecałe 3,20 zł. Eksperci oraz media trąbiły, że
złoty będzie się umacniał w „nieskończoność”, bo polska gospodarka ma „mocne
fundamenty”. Przerażeni eksporterzy „zabezpieczali” się poprzez szalone
konstrukcje złożone z opcji barierowych, a dziesiątki tysięcy Polaków uprawiało
klasyczny „carry trade” – za nisko oprocentowaną walutę (frank szwajcarski)
kupowali astronomicznie drogie nieruchomości na rynku wschodzącym (czyli
mieszkania w Warszawie, Wrocławiu czy Gdańsku). Na polskiej walucie zapewne
grały też zagraniczne banki, które zwietrzyły okazję do łatwego zarobku, który
chociaż w części zrekompensowałby im ogromne straty poniesione na amerykańskich
obligacjach hipotecznych.
Ale już w sierpniu nad rynkami finansowymi
zebrały się czarne chmury – deprecjacja złotego zbiegła się z czasem z
największym kryzysem finansowym od 75 lat. Po kolei upadały wielkie instytucje
finansowe (AIG, Lehman Brothers), a żaden bank w Europie i USA nie mógł być
pewny dnia ani godziny. Giełdowe indeksy zapikowały, a jedyną pożądaną lokatą
kapitału były obligacje rządu USA i amerykański dolar. W ciągu tych miesięcy
polska waluta straciła 92% względem dolara, 52% wobec euro oraz 69% w stosunku
do szwajcarskiego franka. Jeśli spojrzeć na tygodniowe wykresy świecowe par z
udziałem PLN, to widać krach rozłożony na kilkanaście tygodni.
Tymczasem
większość analityków zbywa tą niebywałą deprecjację złotego powołując się na
„zły sentyment” inwestorów, czy „wzrost awersji do ryzyka”. Owszem, rzeczywiście
międzynarodowe banki oraz fundusze hedgingowe niezbyt ostatnio lubią kraje
wschodzące i przez ostatnie miesiące preferowały inwestycje denominowane w
amerykańskim dolarze. Ale już tłumaczenie osłabienia złotego problemami rubla,
kryzysem finansowym na Ukrainie czy nacjonalizacją banków w Kazachstanie,
zakrawa na kpinę z inwestorów. Jeszcze trudniej wytłumaczyć, dlaczego polski
złoty osłabł względem węgierskiego forinta (Węgry zostały uratowane przez
pożyczkę z UE i MFW), czeskiej korony czy meksykańskiego peso?
W tym
momencie większość analityków przechodzi do kolejnych czynników jakoby
osłabiającego złotego: spadku produkcji przemysłowej, załamania eksportu czy też
ostrego hamowania całej gospodarki. Tyle że danych makro napływających z Polski
pozazdrościłby niejeden kraj – np. w Japonii grudniowa produkcja przemysłowa
spadła o 20% r/r, a południowokoreański eksport zmniejszył się o jedną trzecią.
Na tle państw europejskich czy USA dynamika polskiego PKB nawet w
najczarniejszym scenariuszu (-0,5% r/r autorstwa ekonomisty z Danske Banku)
wygląda wręcz rewelacyjnie. Również deficyt w handlu zagranicznym prezentuje się
dużo lepiej niż w przypadku wielu państw rozwijających się.
Część
ekspertów za słabość polskiej waluty obwinia decyzje Rady Polityki Pieniężnej,
która chyba zbyt pospiesznie od listopada obniżyła główną stopę procentową o 175
pkt. bazowych, do poziomu 4,25%. Tyle tylko że taką obniżkę niektóre banki
centralne (np. w Szwecji) fundowały nawet jednorazowo, a waluty tych państw nie
przeżyły takiego załamania. Poza tym oprocentowanie pieniądza jest w Polsce dużo
wyższe niż w strefie euro (1,5%), Wielkiej Brytanii (1%) czy w Czechach.
(1,75%). Jednakże RPP niewątpliwie w swoich kalkulacjach nie doszacowała ryzyka
deprecjacji złotego i chyba niepotrzebnie dostarczyła argumentów spekulantom.
Część krytyki spada też na rząd, który dość opieszale zabrał się za rewizję
budżetu i zbyt długo upierał się przy nierealistycznych założeniach dotyczących
4,8% wzrostu PKB. Tyle że krytycy gabinetu Donalda Tuska również grzeszą
niekonsekwencją – cytowany przez „Die Welt” analityk Commerzbanku wieszczący
krach walut w Europie Środkowej mówił o nadmiernych wydatkach budżetowych na
Węgrzech i zarazem krytykował polski rząd za... cięcia budżetowe. Niemniej
jednak o niechęci zagranicznych inwestorów do polskich aktywów świadczy zarówno
wyjątkowa słabość GPW (WIG odnotował nowe dno, choć S&P500 oraz indeksy w
Europie obroniły wsparcia z listopada) jak i wysoka rentowność obligacji
skarbowych czy rekordowe notowania CDS-ów.
Jednakże na tym tle polskie papiery skarbowe radzą sobie tylko nieznacznie
gorzej od swoich greckich i włoskich odpowiedników. A polski deficyt budżetowy w
porównaniu z dziurą w kasie publicznej Stanów Zjednoczonych jest wielkością
praktycznie niezauważalną. Tymczasem inwestorzy wciąż chętnie kupują dług
emitowany przez USA, zaś obligacje emitowane przez Ministerstwo Finansów już nie
cieszą się takim powodzeniem. Zaufania do złotego nie budzą też nierealistyczne
deklaracje polskiego rządu o przyjęciu euro w 2012 roku.
Częstym
argumentem jest też kwestia nieszczęsnych opcji walutowych, jakie polskie
przedsiębiorstwa powystawiały kilku bankom, a te sprzedały je zagranicznym
instytucjom finansowym. Skutkiem tego jest sytuacja, w której polskie podmioty
niefinansowe zmuszone są do kupna sporej ilości waluty, co na mało płynnym rynku
rzeczywiście może zachwiać kruchą równowagę. W końcu do tej pory eksporterzy
zazwyczaj walutę sprzedawali, a nie kupowali. Tyle tylko, że problem opcji
walutowych, choć dotkliwy dla wielu firm, to dla polskiego rynku walutowego nie
może być decydujący – średnie dzienne obroty szacowane są na ponad 8 mld
dolarów. Sam rynek kasowy to 2-3 mld $ (dane NBP z kwietnia 2007 r). Trudno
sobie wyobrazić, by polskie przedsiębiorstwa dysponowały aż tak dużą ilością
gotówki, by ich transakcje zabezpieczające przez kilka miesięcy z rzędu były w
stanie rządzić kursem EUR/PLN.
Jednakże istotnym zagrożeniem dla wartości
polskiej waluty jest reakcja rządu na opcyjne kłopoty firm. Wicepremier Waldemar
Pawlak publicznie głosi pomysły administracyjnego unieważnienia tych transakcji.
Takie deklaracje są w stanie odstraszyć nawet najbardziej spekulacyjnie
nastawionych inwestorów. Proponowane przez Pawlaka rozwiązania są niespotykane w
skali europejskiej, gdzie konkretną umowę cywilno-prawną w uzasadnionych
przypadkach może rozwiązać jedynie niezawisły sąd. Poza tym w polskim
prawodawstwie wciąż działa zasada, iż prawo nie może działać wstecz i nie może
łamać Konstytucji. Jeszcze większe przerażenie zagranicznych inwestorów musi
budzić brak oficjalnego odcięcia się od tych szalonych propozycji ze strony
ministra finansów, premiera, czy szefów największych klubów parlamentarnych.
Ostatnio pojawił się też problem spłaty pożyczek zaciągniętych w
spółkach-matkach przez polskie firmy zależne. Sytuacja ta dotyczy w znacznej
mierze banków, które do tej pory bez problemy finansowały akcję kredytowa z
pożyczek zaciąganych w europejskich instytucjach finansowych. Po rynku krążą
spekulacje, że teraz zagraniczne spółki-matki nie chcą zadowolić się tylko
odsetkami i żądają spłaty całości długu. Według danych NBP może chodzić nawet o
kwotę 23 mld $ w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Zapewne polskie banki nie
będą się publicznie chwalić koniecznością kupna tak dużej ilości
waluty.
Na spadek wartości polskiej waluty mogą grać duże, zapewne
zagraniczne instytucje finansowe. Tyle tylko, że nawet najbardziej
nieprzychylnie nastawione do naszego regionu międzynarodowe banki nie
prognozowały tak wysokich jak obecnie kursów złotego. Na świecie chyba jeszcze
nikt nie słyszał o szacunkach niektórych polskich ekspertów mówiących o sześciu
czy nawet siedmiu złotych za euro. Ba, mało który bank jeszcze w grudniu
spodziewał się w tym kwartale kursu EUR/PLN powyżej czterech, zaś USD/PLN
powyżej 3,4 zł. Tak więc nawet jeśli globalni gracze „uwzięli” się na złotego,
to robią to wbrew oficjalnym raportom własnych analityków. Poza tym, gdyby
zagraniczne banki same miały krótkie pozycje na złotym, to pewnie oficjalnie
prognozowałyby dużo wyższe, a nie niższe kursy euro-złoty oraz dolar-złoty.
Prognozy kursu EUR/PLN. Stan na 12 grudnia
2008.
|
Instytucja
|
Q1 09
|
Q2 09
|
Q3 09
|
Q4 09
|
|
BNP Paribas
|
4.10
|
4.00
|
3.75
|
3.55
|
|
BTMU
|
4.10
|
4.30
|
4.10
|
3.80
|
|
Bank of America
|
3.70
|
3.40
|
3.40
|
3.40
|
|
Calyon
|
3.38
|
3.35
|
3.30
|
3.20
|
|
Ceska Sporitelna AS
|
3.65
|
3.50
|
3.43
|
3.35
|
|
Commerzbank
|
3.65
|
3.60
|
3.55
|
3.40
|
|
Danske Bank
|
4.05
|
4.00
|
4.00
|
|
|
Erste Bank
|
3.65
|
3.50
|
3.43
|
3.40
|
|
Fortis Bank
|
3.95
|
3.90
|
3.85
|
3.80
|
|
HSBC
|
3.20
|
3.50
|
3.40
|
3.40
|
|
ING
|
3.34
|
3.60
|
3.50
|
3.50
|
|
JP Morgan
|
4.10
|
4.10
|
3.95
|
3.80
|
|
LBBW
|
3.60
|
3.40
|
3.25
|
|
|
Lloyds
|
3.60
|
3.57
|
3.50
|
3.60
|
|
Merrill Lynch
|
4.10
|
4.25
|
3.75
|
3.65
|
|
Morgan Stanley
|
3.70
|
3.70
|
3.70
|
3.65
|
|
Nordea Bank
|
3.90
|
3.85
|
|
3.75
|
|
RBS
|
4.00
|
3.85
|
3.70
|
3.65
|
|
SEB
|
4.10
|
|
|
|
|
Schneider Foreign Exchange
|
3.91
|
3.65
|
3.57
|
3.48
|
|
Scotia Capital
|
3.81
|
3.82
|
3.84
|
3.85
|
|
Societe General
|
4.20
|
4.40
|
4.10
|
3.90
|
|
TMS Brokers
|
3.80
|
3.60
|
4.21
|
|
|
UBS AG
|
3.60
|
3.60
|
3.58
|
3.60
|
|
Wells Fargo
|
3.90
|
3.85
|
3.90
|
3.95
|
Źródło: Bloomberg
W ten kontekst ciekawie wpisuje się ostatnia
plotka z polskiego rynku walutowego. Ponoć kilka londyńskich banków przy pomocy
polskich pośredników kupuje czerwcowe opcje PUT na kurs EUR/PLN z kursem
wykonania 3,90 zł. Nominały tych instrumentów są niebagatelne i opiewają na
100-150 mln euro w każdej transakcji. Oznaczałoby to, że podmioty te chcą sobie
zabezpieczyć zyski z posiadanych opcji CALL wystawionych im latem przez polskich
eksporterów. Jeśli pogłoski te okazałyby się prawdziwe, to znaczy, że bardzo
duzi uczestnicy rynku obawiają się spadku kursu EUR/PLN poniżej 3,90 i to
jeszcze w pierwszej połowie roku. Co to może oznaczać dla całego rynku?
Otóż dość prawdopodobne jest, że w najbliższych tygodniach możemy być
świadkami apogeum słabości złotego. Być może przy akompaniamencie medialnej
histerii i braku walut w kantorach kurs EUR/PLN odbije się od poziomów
zbliżonych do 5 zł (lub może nawet wyższych) i równie szybko jak wcześniej rósł,
popędzi w stronę bardziej racjonalnych wycen. Zwłaszcza, że obecnie cena euro
zbliża się do poziomu sprzed pięciu lat, gdy Polska była jeszcze poza Unią
Europejską, a rząd miał spore problemy z rosnącym długiem publicznym zbliżającym
się do granicy 55% PKB. Obecnie finanse publiczne są w dużo lepszym stanie,
wyższa jest też wiarygodność kraju oraz znaczenie polskiej gospodarki. Polska
jest czwartym na świecie odbiorcą eksportu państw strefy euro, przeganiając pod
tym względem m.in. Chiny, Rosję czy Japonię. Mocne euro w relacji do złotego
szkodzi więc europejskim eksporterom. Równocześnie jest też szansą dla polskich
przedsiębiorstw „nieuczmoczonych” w opcje walutowe do wejścia na rynki państw
Eurolandu. Ponadto bardzo słaby złoty może nie podobać się kilku europejskim
instytucjom finansowym, które zainwestowały w Polsce sporo kapitału, a
kontrolowane przez nie polskie banki przynoszą im spore dochody. Nikt nie zabija
kury znoszącej złote jajka. Prędzej czy później gracze z rynku walutowego będą
musieli uwzględnić te czynniki, a każdy miesiąc, gdy dane z polskiej gospodarki
nie są katastroficzne, będzie działać na korzyść
złotego.
Krzysztof Kolany, Bankier.pl
|